top of page

Kiedy przyjdzie kryzys..

Przychodzi niespodziewanie, destabilizuje naszą codzienność, czasem powala na łopatki - kryzys.

Może być bardzo prywatny, o którym nie dowie się nikt, może być światowy i przeżywany w społeczności.


Ten wpis nie jest stworzony przez psychologa, couch’a ani specjalistę od ludzkiej psychiki. To wpis bardzo osobisty. To wpis stworzony przez osobę, która uczy się przy każdym doświadczeniu życiowym o sobie, wykorzystując ku temu środki i narzędzia, które poznała na przestrzeni lat. I kto wie.. może te doświadczenia mogą przysłużyć się i Tobie.

Do napisania tych słów skłoniły mnie moje własne przeżycia, mój własny kryzys, który pokazał mi wyraźniej niż kiedykolwiek jak istotne jest w trudnym czasie, żeby oprócz mobilizacji i działania, równoważyć swoje dni spokojem i troską o siebie. Kryzys jest kryzysowi nierówny. My wszyscy jesteśmy inni. Ale kluczowe jest by zadbać o siebie na miarę swoich możliwości, na miarę sytuacji, w której się znaleźliśmy. Po to, by działać dalej, by zachować zdrowie, by móc być wsparciem dla innych.


Mój kryzys


Jestem na pięknym Bali, świat tu jest spokojny. Zaczynam dzień od jogi, kończę dzień kolorowym zachodem słońca.. nagle w rodzinnych stronach wybucha wojna. Nawet z daleka czuję powiew paniki i strachu. Usuwam się z mediów społecznościowych, bo nie wydaje mi się to właściwym czasem na nadawanie sponad kokosa o czymkolwiek innym, niż bieżące wydarzenia. Czuję w sobie strach o najbliższych, a serce rozdziera żal wobec osób które już teraz cierpią, których życie wywróciło sie do góry nogami. Umysł nie jest w stanie pojąć, co z dnia na dzień podziało się ze światem.


W tym samym czasie przychodzi wieść z domu o odejściu ważnej dla mnie osoby, członka rodziny, wielkiego przyjaciela.


I padam na łopatki..

Jak nigdy wcześniej..

Ziemia osuwa się w momencie spod stóp..


Z dnia na dzień czuję się jak rozbity na dziesiątki kawałków wazon, jeszcze wczoraj w harmonii i ładzie..

Ciało w rozedrganiu, w umyśle ani jednej logicznej myśli, w sercu … żal i ból. I straszna złość na świat, na wszechświat, na wszystko i na wszystkich. Jest we mnie wielki brak zgody na wydarzenia na świecie, brak zgody na przedwczesne pożegnanie z wielkim przyjacielem i członkiem rodziny.


To mój kryzys..

.. wewnętrzny, rodzinny, ale rozgrywający się w obliczu kryzysu światowego. Na szczęście jest zdrowie i okoliczności, by postarać się mu sprostać. I jest też wielka motywacja - myśl, że noszę w sobie małą bezbronną istotę, która liczy na mnie i potrzebuje zdrowego i spokojnego środowiska. Zdrowej mamy.


Po momentach prawdziwej rozpaczy zmuszam się, zbieram i .. idę na jogę.

Układam w kącie moją matę, płaczę jak bóbr w pozycji drzewa, starając się znaleźć balans. W Savasanie instynktownie decyduję, że musze zająć się sobą, choćby na siłę dostarczać sobie spokoju i troski każdego dnia, by za daleko nie zakręcić się w kołowrotku..


Czym jest kryzys?


To dla mnie moment, kiedy świat przytłoczył. Coś zaskoczyło i zszokowało, moment zamrożenia. Potem mobilizacja sił. Czasem coś możemy zrobić, czasem jest pełna bezsilność. Umysł okryty mgłą. Kołowrotek emocji i myśli, brak gruntu pod nogami, ciężko odróżnić, co prawdziwe, a co wytworzone w głowie. Kryzys wydaje sie być jak nieopanowana kula śniegu, jak domino, którego nie sposób zatrzymać, króluje chaos, bezsilność i lęk. Na wierzch wychodzą ciemne strony nas, świata, ogarnia poczucie braku nadziei.


W tym czasie oszołomienia często zapominamy o tym, żeby zadbać o siebie. Kołowrotek się kręci, a my pozbawiamy się resztek energii zamiast się ładować, by móc działać, kiedy przyjdzie czas i potrzeba. Porównując się, na miarę naszych czasów, do rozładowanego telefonu - ciężko w stanie wyczerpania baterii podejść do życia w zdrowy sposób, ciężko znaleźć siłę na kolejne wyzwania, ciężko też być pomocą i wsparciem dla innych. Czy to samolubne? Wydarza się jakiś dramat, a ja wybieram samodbanie. Moim zdaniem - jak we wszystkim w życiu liczy się balans i równowaga. Zachęcam więc do tego, by tego balansu szukać i nie bać się dbać o siebie w trudnych chwilach.


Walcz i uciekaj..


W trudnych chwilach bardzo chwytamy się adrenaliny, karmimy się poczuciem strachu, negatywnymi emocjami. Zamiast wyłączyć wiadomości, zamknąć oczy i dać sobie dwie minuty na oddech, to skrolujemy po więcej. Odmawiamy sobie spokoju - adrenalina trzyma nas w napięciu i przynosi złudne poczucie, że jesteśmy w centrum wydarzeń i mamy na nie wpływ. Mam wrażenie, że w pewnym sensie uzależniamy się od tych emocji i nie chcemy innych. Chyba taka nasza ludzka destrukcyjna natura.

Jednocześnie system nerwowy jest w ciągłym stanie walki i ucieczki, na podwyższonych obrotach. Kiedy w tym stanie tkwimy zbyt długo, to odbija się to na naszym zdrowiu, fizycznym i psychicznym.

To zdecydowanie wysiłek, aby wyjść z tego kołowrotka, żeby na chwilę odpuścić. Ciężko jest zmienić choć na moment nastawienie i zechcieć czymś się ucieszyć. Ale ten wysiłek dłużni jesteśmy sobie samym i naszym bliskim, tym którzy będą nas wkrótce potrzebować. Wysiłek dla regeneracji, w celu utrzymania ciała w zdrowiu. Warto wiedzieć, że czasem wystarczy tylko na chwile zamknąć oczy i głęboko, spokojnie poodychać, samoregulując swoje procesy w organizmie. To przyniesie ulgę skołatanym nerwom.


Dyscyplina samotroski

Nie jestem zwolennikiem popychania sie do czegokolwiek. Uważam, że wsłuchiwanie się w ciało jest najważniejsze, jednak w czasie kryzysu zamglony umysł nie zawsze popycha nas w rejony, które są dla nas odżywcze. To często czas, kiedy myśli są przysłonięte emocjami, a emocje myślami, ciało też przy tym obrywa. Dlatego potrzeba nam dyscypliny samodbania i samotroski. To takie ważne, by podjąć decyzję : w tym czasie straty, lęku, rozpaczy, będę dbać o siebie. Nie wtedy, kiedy już będę wyczerpana, ale od samego początku. Zaczynam dziś. Kryzys to dla nas czerwona lampka: oprócz działania - potrzebuję odpoczynku, snu, spokoju. Im większy chaos, tym więcej nam tego potrzeba, po to by móc zmierzyć się ze światem.

Nawet mimo braku chęci będę swoim najlepszym przyjacielem, który wyciąga mnie z ciemnego dołka. Poszukam regeneracji i powrócę z nową siłą.

Chociaż wydaje się nam, że są teraz rzeczy ważniejsze, chociaż wydaje się, że nie wypada.. to czas, żeby postawić na siebie podwójnie. Bo czas kryzysu to czas wyjątkowy.


Empatia w kryzysie


Żyjemy w trudnych czasach, wieści ze świata niepokoją, a obok tego toczy się jeszcze nasze własne życie, wydarzają się nasze prywatne dramaty. Jednocześnie.. wieści ze świata niepokoją, a obok tego wydarzają się też nasze prywatne … rzeczy piękne.

Nie odmawiajmy sobie radości, bo to one przyniosą nam motywację i siłę. Odstawmy na bok poczucie winy i oczekiwania od świata. Bo ten świat przecież nigdy nie był biały, ani czarny. Nasz uśmiech i radość, przyjemność czerpana z życia i jego pięknych chwil, nie musi stać w kontrze z empatią i współczuciem. Znowu.. liczy się równowaga, uważność i intencja. To zupełnie możliwe, aby zadbać o siebie w przestrzeni szacunku dla emocji innych i do wydarzeń, których przyszło nam doświadczać.

Nie zawsze się to uda, czasem zdarzy się nam "przegiąć" w jedną albo druga stronę, kogoś skrytykować, dolać oliwy do ognia, albo zupełnie się znieczulić, bo brak sił.. w końcu jesteśmy tylko ludźmi i na błędy tez powinniśmy sobie dać miejsce i przyzwolenie i .. próbować dalej.

Mój proces


Mój kryzys na szczęście przeżywam w zdrowiu, w ukochanym miejscu. Jestem bezpieczna i mogę wykorzystać znane mi sposoby, żeby sobie ulżyć. Wiem, że nie każdy ma ten luksus. Wielu z nas jednak ma. Więc skorzystajmy z tego daru, jeśli został nam dany: zdrowe ciało, bezpieczny dom, który daje przestrzeń na przeżywanie, na uleczanie. Zwłaszcza w obecnych czasach niepokoju na świecie już ta świadomość przynosi poczucie wdzięczności.


Staram się uleczyć, wykorzystując to, co znam..

Zaczynam od podjęcia decyzji, że będę szukać spokoju i regeneracji.


Joga to moje lekarstwo a tutaj, gdzie jestem, moja ulubiona joga jest na wyciągnięcie ręki. Wstaję codziennie wcześnie rano na zajęcia, na praktykę własną w tym najtrudniejszym dla mnie czasie bym się nie zebrała… potrzebuję prowadzenia.

Fizyczny ruch sprawia, że moje ciało zyskuje energię i ma więcej siły na nadchodzący dzień. Na każdą praktykę przychodzę świadomie z intencją. Te intencje się zmieniają: od przyzwolenia na złość i strach, po modlitwę o odnalezienie wdzięczności, akceptację zmian w życiu i braku kontroli… Otwieram się w pełni na moje serce i słucham, czego danego dnia potrzebuję. Każdy ruch i wysiłek na macie wkładam w moją intencję dnia. Daję sobie przyzwolenie, żeby mata była oazą, nie powstrzymuję łez, czasem oddycham jak wściekły lew. To przynosi odrobinę ulgi, choć namiastkę spokoju.


Znajduję czas na medytację i jogę yin - coś do czego najtrudniej jest mi się zabrać. Tu nie rozpraszam się już ruchem. Tu konfrontuję się w pełni z rozrywający serce żalem. To jak już wiecie z poprzednich wpisów praktyka która uczy obserwacji i bycia z tym, co jest. Akceptacji wszelkiego dyskomfortu zamiast miotania się w nim i przynoszenia sobie jeszcze więcej cierpienia. Daję sobie czas, by czuć, nie walczyć. Czasem wychodzi, czasem nie.. ale staję na macie na nowo kolejnego dnia. Każdego dnia obserwuję coś nowego.


Zawsze kochałam dźwięki i mocno wierzyłam w ich moc. Więc i teraz po nie sięgam. Wsłuchuję się w misy, gongi, grzechotki i flety… Czuję, jak wewnętrznie ciało się uspokaja.. wibracje, jak plaster zalepiają rany.. nie na stałe, na chwilę, ale dobre i to.. by choć na moment poczuć spokój i powrócić z bardziej wypoczętym ciałem. Bardziej nie zwykle doceniam moc kojącego dźwięku.


Podwójnie zwracam uwagę na to, co jem. Umysł prosi o "comfort food", tłustości, słodkości, żeby ulżyć sobie w cierpieniu i pewnie, że czasem po nie sięgam, ale w większości przypadków przyświeca mi myśl : czego Ci potrzeba? jak się po tym poczujesz? I te pytania prowadzą na ścieżkę zdrowych wyborów, które pomagają ciału się regenerować, zamiast je dodatkowo obciążać.


Jak tylko mogę idę w zieleń.. w naturę.. otaczam się miękkością wody, bo ona uczy łagodności i akceptacji. Słucham dźwięków dookoła mnie, które przenoszą mnie z rozbieganego umysłu do chwili obecnej. Wierzę, że wszystko jest energią, a natura emanuje częstotliwością spokoju. Tego potrzeba w kryzysie więcej, niż każdego innego, zwykłego dnia.


Pozwalam sobie na złość: uderzam pięścią w poduszkę, albo idę pokrzyczeć. Mam nawet swoje sposoby na krzyk, takie żeby nie wystraszyć sąsiadów 😂 : wanna, basen.. - szalone? Mnie pomaga.. W upuszczaniu z ciała ognia pomagają mi praktyki oddechowe: oddech lwa, lub po prostu głośne długie wydechy. Wydawanie z siebie dźwięku jest dla mnie niezwykle terapeutyczne. Odzwyczailiśmy się od tego. Nawet kiedy płaczemy to zwykle robimy to po cichu i szybko płacz zduszamy. A ja zauważyłam, że lepiej mi, kiedy sobie poszlocham, na głos. Zachęcam więc w takich chwilach i siebie i Ciebie do wyrażania emocji przy pomocy dźwięków, swoich własnych. Krzyknij, popłacz, westchnij.


Mój prywatny kryzys wiele mnie uczy.. każdego dnia odkrywam siebie bardziej. Bardziej niż kiedyś doceniam to, o czym sama często mówię podczas moich zajęć jogi : to dyskomfort sprawia, że się najbardziej rozwijamy, to dyskomfort uczy najwięcej. Ucże sie codziennie jak po prostu być.. z radością, z bólem, ze złością. Mój kryzys to dla mnie wielka lekcja akceptacji zmian i dostosowywania się do życia, na znacznie głębszym poziomie niż dotychczas.


Ten wpis jest po to, by..


.. by przypomnieć Tobie o tym, jak ważne jest by dbać o siebie. Jest czas na wysiłek, jest czas na rozpacz, ale musi też być czas na regenerację sił. Jesli nie uprawiasz tak ja jogi albo medytacji, a w ciele głowie i sercu jest chaos, zapytaj się siebie, czego Ci potrzeba, nie bój się prosić o pomoc bliskich, nie bój się dbać o siebie w kryzysie. Tylko tak możemy być wsparćiem dla innych, tylko tak możemy zmierzać sie z trudnymi chwilami w świadomy sposób i szukać rozwiązań.

Może Twoim lekarstwem i oazą będzie spacer w parku, może poprosisz rodzinę o kilka godzin dla siebie, żeby pójść sam/a na kawę, może upieczesz ciasto, albo powrócisz do książki, która zawsze podnosi Cię na duchu, może spotkasz z przyjacielem i wypłaczesz, a może pozwolisz sobie pośmiać się oglądając ulubiony film. Nie ma tu ani right, ani wrong.


Nie oceniajmy też innych i tego, jak oni swoje kryzysy przeżywają, bo każdy radzi sobie w życiu inaczej, każdy ma swoje własne narzędzia, możliwości, inną wrażliwość. Szkoda na to energii. Te energię lepiej włożyć w siebie. Reszta jest poza naszą kontrolą i tylko czerpie z nas kolejne pokłady tak cennego w kryzysie paliwa.


CZAS KRYZYSU to czas skupienia, wzmożonej koncentracji, większej niż zwykle dyscypliny, by przetrwać go w poszanowaniu dla siebie i by być obecnym dla innych, którzy mogą nas potrzebować. To wielka lekcja i test - akceptacji, elastyczności, odpuszczania, lekcja samotroski.

Po to, by wzrastać, jako jednostka ale też jako członek społeczności, która doświadcza podobnych wyzwań. By być dla siebie i dla innych. By rozumieć świat lepiej i odpowiadać na jego potrzeby, dbając przy tym o swoje dobro.


Moje przesłanie: w czasie kryzysu postaw na siebie podwójnie, gdzie tylko możesz szukaj wdzięczności, nie zapominaj o rzeczach pięknych.


Namaste.

27 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comentarios


bottom of page